kultura od ? do !
| < Wrzesień 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
        1 2 3
4 5 6 7 8 9 10
11 12 13 14 15 16 17
18 19 20 21 22 23 24
25 26 27 28 29 30  
Zakładki:
KONDRASIUK RECENZENCKO O...
kulturaenter!
Absolutnie teatralne
ESK dla początkujących
Lubelskie
Wnikliwe blogowe
Wnikliwe1

nie polecam

nie pamiętam

Online Slots
Casino

grzegorzkondrasiuk@gmail.com

Licencja Creative Commons
Ten utwór jest dostępny na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa-Użycie niekomercyjne-Na tych samych warunkach 3.0 Polska.
piątek, 24 października 2014
||| MOJE ARCHIWUM TEKSTÓW |||

||| TO JEST STRONA Z TEKSTAMI O I PRZY TEATRZE/TAŃCU/LUBLINIE PROWADZONA NAJAKTYWNIEJ KILKA LAT TEMU PRZEZ KILKA LAT PRZEZ AUTORA (autor wygląda np. tak), KTÓRY OBECNIE, i owszem, PISZE DALEJ tu i ówdzie, ALE LINKI DO SWOICH WIEKOPOMNYCH DZIEŁ UMIESZCZA W INNYM MIEJSCU ||| tym niemniej, ZE WZGLĘDU NA DOBRE SKOJARZENIA I POZYTYWNE WSPOMNIENIA ORAZ EPIZODYCZNĄ ROLĘ, JAKĄ (PODOBNO) TEN SKROMNY BLOG ODEGRAŁ W DZIEJACH światowej KRYTYKI TEATRALNEJ - niech sobie trwa |||

niedziela, 15 grudnia 2013
mikołajczyk, niestety

Mamy w końcu w Lublinie nowy blog teatralny, od Szymona Kasprowicza. Może to zaczątek jakiegoś ruchu powietrza w tym dawno nie wietrzonym pokoju, miejmy nadzieję... Szkoda, że Szymonowi przyszło zaczynać od najnowszego dzieła Mikołaja Mikołajczyka. Od spektaklu tak rozczarowującego, zawstydzającego, ale i - w co wierzę - dokumentującego wielką rozpacz i samotność artysty... Smutne dzieło, odnoszące się do czasu wielkiej smuty w sztuce polskiej, jaka nie wiadomo kiedy nadciągnęła nad nasz grajdoł, obezwładniając, wpędzając w pomieszanie, wzajemną agresję, odbierając radość z czynienia tego, co w życiu najważniejsze. Mikołajczyk w tym zadymionym labiryncie stracił sceniczną czujność (a ma przecież na sceniczność słuch niemal absolutny), sięgając po niski szantaż emocjonalny, obawiam się że wyłącznie w swej własnej sprawie. Zerwał niepisaną umowę z widownią opartą na wzajemnym zaufaniu (na które pracował swoją wspaniałą intymną i konfesyjną, działalnością). Powiedział im za pomocą prostej, walącej pałką po głowie metafory - to wy wszyscy mnie zabijacie. Chrzanić już relację z możnymi tego świata, dyrektorem, Instytutem Muzyki i Tańca (w spektaklu pada trochę nazw i nazwisk), ale - kto Ci Mikołaju zostanie, jeśli odwrócą się od Ciebie twoi widzowie, twoi przyjaciele (mam nadzieję nie jedyni i nie ostatni)? Jest też inne pytanie: Czy ten skowyt to chwilowa zapaść, czy wyznacza jakąś cezurę w dziejach polskiego tańca/teatru? Granicę czasu kiedy personalne zagrywki, serwilizm, merkantylność i układy zaduszą iskrę bożą już na amen? Dowiemy się pewnie za jakiś czas. Takie myśli.

wtorek, 12 listopada 2013
Powidoki Carnavalu Sztukmistrzów 2013

Za nami piąta edycja Carnavalu Sztukmistrzów – jeszcze jedna, kolejna lubelska wariacja na temat wielkiej miejskiej metafory. Można podśmiewać się z tego typu określeń, ale naprawdę trudno objąć słowami ten festiwal, nie-festiwal, w którym wstrząśnięte i zmieszane są miasto Lublin, zabawa, sztuka, sport, komercyjna rozrywka, edukacja, działania społeczne, promocja miasta, reinterpretacja dziedzictwa kulturowego, turystyka, ekonomia i parę jeszcze innych spraw... Gdybym chciał w jednym zdaniu wyrazić podstawowy wniosek z tej obserwacji uczestniczącej – ująłbym to tak: My piszemy miasto, a ono pisze nas. Tak zdarza się w Lublinie coraz częściej, od kilku ładnych lat. Zbyt optymistycznie i patetycznie? Popatrzmy na dowody, na tym jednym, karnawałowo-sztukmistrzowskim, przykładzie.

Światowa dystrybucja symboliki

Znamy genezę Carnavalu – to zbieg szczęśliwych okoliczności: po pierwsze najsłynniejsza, czytana wszędzie w świecie książka noblisty I. B. Singera to „Sztukmistrz z Lublina”; po drugie – pomysł na festiwal cyrkowy, pochodzący od niewielkiej początkowo grupki zapaleńców zajmującej się pedagogiką zabawy i Nowym Cyrkiem zyskuje finansowe wsparcie miasta. Efekt? Budująca się z roku na rok unikatowa marka (posiadająca „podparcie” w dziedzictwie kulturowym) zaczyna przyciągać ludzi z wielu miejsc Polski i świata, a w Lublinie rośnie największa polska społeczność kuglarska.

Pójdźmy tropem najsłynniejszego ze sztukmistrzów. Podczas Carnavalu od pięciu lat odbywa się Urban Highline Festival – spotkanie współczesnych linochodów, spacerujących na specjalnych taśmach rozpiętych ponad ulicami Starego Miasta... I tak, w ślad za singerowskim Jaszą Mazurem płynie kolejna fala światowej dystrybucji niepowtarzalnej lubelskiej symboliki. Charakterystyczna sylwetka slacklinera, lekko przechylona na bok, z rozłożonymi ramionami, w tle któraś z lubelskich wież czy fasadą kamieniczki – to zdaje się już nowa ikona Lublina, w efektownym wizualnym skrócie sytuująca nasze miasto na globalnej mapie miejsc, gdzie liczy się odwaga, kreatywność i wyobraźnia. Ponoć UHF to jedyny tego typu miejski festiwal, o czym wymownie świadczy liczba i skład uczestników – ponad 200 osób z pięciu kontynentów. Każdy z nich własnym ciałem, sylwetką, własnym charakterem pisma na nowo opisał miasto, a tysiące widzów z zadartą głową obserwujących te powietrzne pochody, nosić będą „pod powiekami” ten utrwalający się powidok.

 

Kultura społeczności

Obok cyrkowych namiotów Carnavalu na Błoniach pod Zamkiem co roku wyrasta miasteczko namiotowe i specjalna strefa goszcząca europejską społeczność cyrkową. Ci ludzie powracają do Lublina już któryś raz, na własny koszt, aby poprzebywać ze sobą, wymienić się doświadczeniami, podciągnąć umiejętności. Nie są wyłącznie widzami, nie zawsze występują jako artyści, po prostu chcą być w tym miejscu razem, współtworzą koloryt miasta, wzmacniając wrażenie owładnięcia cyrkiem miejskiej przestrzeni. I tak kuglarze kolorują Lublin, i jest to proces trwający w różnym stopniu nasilenia bez przerw, nie tylko w lecie. Bo Carnaval, czyli coroczny kilkudniowy festiwal, to zaledwie czubek góry lodowej. Rośnie lista stałych aktywności związanych z cyrkiem – niekoniecznie rozumianym jako rozrywkowy występ, raczej jako działanie wspierające edukację czy animację kultury. Fundacja Sztukmistrze ciągle przenosi swoje treningi do większych sal, ponieważ coraz większa jest grupa osób zainteresowanych regularnymi treningami, w każdym wieku. W roku szkolnym zajęcia cyrkowe odbywają się w niektórych szkołach, w ramach zajęć świetlicowych, a w te wakacje żongluje się kolejno w dzielnicach Lublina...

Fot.PhotoSense

Te światy, stałej, niespektakularnej edukacji, i kolorowego, festiwalowego występu na tej edycji Carnavalu spotkały się podczas „Opowieści cyrkowej” prezentowanej na głównej scenie wspólnie przez trzydziestoosobową grupę artystów (m. in. opowiadacze z grupy Studia O.) oraz dzieci uczestniczące w otwartych warsztatach (prowadzonych pod kierunkiem grupy „Mali Sztukmistrze” z lubelskiej Szkoły Podstawowej nr 29). Każde zainteresowane dziecko, które zgłosiło się na przyspieszony trzydniowy kurs cyrkowych umiejętności – stało się pełnoprawnym artystą, prezentującym całkiem udane widowisko na kanwie lubelskiej legandy o nieszczęśliwie zakochanej akrobatce Inez. Tego rodzaju inicjatywy dają nadzieję na przyszłość, w dobie tęsknot za kulturą demokratyczną, odchodzącej od hermetycznych, wyspecjalizowanych kodów, ale nie rezygnującej przy tym z jakości i sublimacji.

 

Powrót wygnańca z ogrodu sztuk

Cyrk – z pozoru „żywe muzeum”, ni to sport, ni rozrywka, dziedzina wąska, ustabilizowana i zamknięta w odziedziczonej sztampie – w globalnym nurcie Nowego Cyrku otrzymała kolejne życie.

Niegdyś wygnana z ogrodu sztuk, umieszczana poza nawiasem, najniżej jak to tylko możliwe w zhierarchizowanym świecie europejskiej sztuki wysokiej, dziś powraca triumfalnie w jej obszar. „Numer” cyrkowy, podstawowa, niepodzielna jednostka w tej sztuce, ze sportowego popisu przemieniła się w performans artystyczny. Dowody na to można było podczas Carnavalu obserwować wielokrotnie, zarówno podczas występów buskerów, artystów ulicy, jak na spektaklach grup cyrkowych prezentowanych w namiotach, i na dużej scenie.

 

Modelowy przykład takiego widowiska usytuowanego dokładnie na przecięciu światów teatru i cyrku pokazał choćby Cyrk Pandora. Etiudy akrobatyczne i żonglerskie oparte na sporych umiejętnościach, ułożone są tu nie na zasadzie serii niezwiązanych ze sobą pokazów, ale funkcjonują jako elementy spójnego konsekwentnie budowanego świata, ze smakiem ustylizowanego na bliżej nieokreśloną w czasie staroświeczczyznę. Na pozór banalna, teatralna zagrywka zastosowana na samym początku spektaklu umieszcza jego akcję w sennym marzeniu. Każda z postaci zarysowanych przez artystów Pandory ma swój osobisty eskapizm, tajemniczy powód do tęsknoty za utraconym podczas snu pudełkiem, i własny pomysł na to, co mogłoby się w nim znaleźć. Ten prosty chwyt wymownie – i skutecznie – pokazuje jedną z odpowiedzi na pytanie, po co nam cyrk, i każde widowisko oparte na olśnieniu i podziwie. Artyści odgrywają nasze fantazmaty i tęskoty za niezwykłością.

Jako główne punkty programu zapowiadane były występy dwóch zespołów, umieszczone na dużej scenie – Cyrk La Putyka i KaraKasa Cirkus. Grały one na podwyższonej koncertowej estradzie, w otoczeniu pomysłowo ustrojonego światłem Placu po Farze. Spory dystans i poczucie oddalenia od widowisk, przeznaczonych raczej na kołową widownię namiotu powodowały, że dawały się oglądać raczej jako serie pięknych ruchomych obrazów. Zresztą oba widowiska stały zdecydowanie po stronie wizualnej a nie narracyjnej, były nadzwyczaj nieciągłe i nietematyczne, oparte na swobodnym przepływie luźnych skojarzeń. „Slapstick Sonata” La Putyki bazowała na humorze wywiedzionym z surrealistycznego efektu żonglerki i ekwilibrystyki zwykłymi codziennymi przedmiotami, jak drabina czy długa deska. Natomiast „Casa Dolce Casa” KaraKasa Cirkus opierał się na grupowej akrobatyce, na wielopiętrowych, tworzonych z fantazją ludzkich piramidach. To był zapewne najbardziej plastyczny spektakl Carnavalu, każda z sekwencji komponowana była jako osobny, nasycony kolorystyką, wysmakowany kadr.

Podobnie wyzwoloną od konieczności opowieści, ale w istocie zupełnie odmienną propozycję cyrkowego pokazu miał do zaoferowania kolektyw Protocole. Szóstka żonglerów stawia na bliskość widzów, gwałtowny, nieprzewidywalny, niepokojący żonglerski taniec pełen migoczacych emocji. Przez trzy wieczory powstawały niezapomniane improwizowane zdarzenia w formule site specyfic, wpasowane się w ciasne wnętrze galerii Piękno Panie, i w ekstatycznym finale wyprowadzające publiczność na ukryte podwórze.

Spośród bogatej oferty wydarzeń ulicznych, rozsianych na linii Plac Litewski – Stare Miasto, wyróżniał się (i zapewne nie tylko on) show francuskich artystów występujących jako Inextremiste. Z początku ten pokaz przypominał serię gagów, w których tworzeniu osobnik w luźnej szacie i turbanie posługiwał się ręcznytm palnikiem, czterema butlami gazowymi, olbrzymią kulą przypominająca komiksową bombę z lontem i trampoliną. Stopniowo jednak można było powiązać te zdarzenia i symbole w wymowną całość. Odnosząc się do w nieoczywisty sposób do tematu terroryzmu, artyści dokonali ryzykownej próby zderzenia się z nim, a nawet – ukazania w krzywym, kuglarskim zwierciadle, ludzkiej twarzy sprawców tych tragedii... Być może nawet zmuszali do myślenia nad niewesołą istotą humoru, nad archetypicznym dla europejskiej kulutury paradoksem smutnego clowna.

 

Co dalej?

Kilka luźnych spostrzeżeń. Po raz pierwszy od bardzo wielu lat, Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego zauważyło cyrk jako sztukę – wspierając Carnaval. Wszystkich wydarzeń Carnavalu chyba nie dało się obejrzeć – pokazy odbywały się symultanicznie od wczesnego popołudnia do północy. Widok ulic, przez które od czwartku do niedzieli trudno było się przecisnąć, dziesiątki rozczarowanych osób odchodzących z ostatnich rządów wobec braku możliwości komfortowego obejrzenia nawet fragmentu pokazu, przepełnione do granic możliwości parkingi, świeżo otwarte lotnisko, dostarczające europejską widownię, a nie tylko umożliwiające naszym budowlańcom szybszy dojazd do pracy na Wyspach – to zmusza do refleksji. W sezonie kulturalnym miasto jest pełne i nasycone, przepełnione ludźmi, opowieściami i sensami. Przyszłość wymaga, aby bardziej zatroszczyć się o komfort ludzi, i komfortową prezentację opowieści. Pojawia się też dylemat komercjalizacji i masowości – przed Warsztatami Kultury (organizatorem) stoi wyzwanie utrzymania niepowtarzalnego charakteru Carnavalu, tak aby przy jego olbrzymim rozwoju (to już fakt niepowtarzalny) nie uronić istoty kulturowej, tworzącej tą tajemniczą wielką miejską metaforę.

Grzegorz Kondrasiuk

Tekst ukazał się w Miesięczniku ZOOM

sobota, 03 listopada 2012
re-thinking Lublin

środa, 31 października 2012
Jaki będzie reprezentacyjny plac w centrum Lublina?

Po wczorajszej i dzisiejszej publikacji "GW" w sprawie placu przed Centrum Spotkania Kultur życzę Radzie Kultury Przestrzeni dużo siły. Choć CSK to tylko jedna z wielu inwestycji realizowanych lub startujących obecnie, są to sprawy kluczowe dla Lublina, które zostaną z nami na dziesięciolecia. Wypowiedź Jana Kamińskiego, szefa Rady odczytuję w następujący sposób: należy w końcu zdecydować czy Rada ma być "paprotką" na biurku decyzyjnych urzędników, czy rzeczywistym pośrednikiem pomiędzy zarządzającymi miastem ("wynajętymi" przez nas do tej roboty) a użytkownikami naszego Lublina. Czy Rada rozmawia z Prezydentem bezpośrednio o ważnych dla Przestrzeni Lublina sprawach, czy jej sugestie są w ogóle, w JAKIKOLWIEK sposób rozważane przez Miasto, czy jedyną skuteczną, rozpaczliwą formą dialogu społecznego jest rozmowa "poprzez media". Wg przedstawicieli Miasta dotychczasowa koncepcja placu - spójna z koncepcją całego CSK, pomyślana jako jedna opowieść, wyrazista propozycja przestrzeni symbolicznej - "nie odpowiada potrzebom miasta i ratusz nie jest zobowiązany do jej realizacji". Ekspert od potrzeb miasta i wyłączny decydent w jednej osobie - oto niebezpieczne połączenie. Chciałoby się powiedzieć - małpa z brzytwą.



poniedziałek, 08 października 2012
kultura - obszary nieciągłości

Wspólnie z Bydgoszczą i Gdańskiem (oraz Łodzią, Wrocławiem itd) obmyślamy książkę "Po co nam centra kultury?" która ma podsumować projekt "Miejski? Dom? Kultury?". Bydgoskie LABORATORIUM ŻYWEJ KULTURY tak nakreślało jego założenia:

Miejskie instytucje kultury, na których niekiedy całkowicie spoczywa odpowiedzialność za realizację obowiązków miasta w sferze kultury wobec jego mieszkańców znajdują się w centrum dyskusji dotyczącej przemian modelu zarządzania kulturą.

O ile jednak wiadomo po co są teatry miejskie czy biura wystaw artystycznych o tyle miejskie ośrodki kultury mają najbardziej niejasną misję, struktury, zależności, zobowiązania. Znajdują się dokładnie w centrum pomiędzy administracją, gdyż często działają jako „przedłużenie” Wydziału Kultury, a z drugiej strony są „przytuliskiem” niezależnych artystów oraz znajdują się pod stałą obserwacją i atakiem organizacji pozarządowych, które coraz częściej czują się na siłach przejąć realizację część zadań miejskich. (...)

Postulaty wypracowane przez lokalne ruchy społeczne takie jak bydgoskie Forum kultury, Sztab Antykryzysowy w Poznaniu czy Społeczny Komitet Organizacyjny SPOKO w Lublinie określają jednak głównie kondycję i oczekiwania sektora pozarządowego, podczas gdy istnieje paląca potrzeba definicji obszaru odpowiedzialności miasta, określenia roli miejskich instytucji kultury oraz narzędzi ich współpracy z pozostałymi sektorami

Czy miasto ma animować kulturę czy nią zarządzać? Jaka jest rola miejskich instytucji kultury? Czy są to instytucje prowadzące własne programy? Animujące życie kulturalne miasta? Czy mają być służebne w stosunku do środowiska twórców? W jaki sposób realizować postulat partnerstwa publiczno-prywatnego? Co to znaczy partycypacyjny model zarządzania kulturą w przypadku miejskiego ośrodka kultury?

Głównym problemem jest brak narzędzi budowy nowoczesnego modelu animacji i edukacji w oparciu o budowę strategii funkcjonowania, rozwoju i współpracy.

Brakuje również platformy współpracy dla kadr zarządzających miejskich ośrodków kultury, w którym mogłyby spotkać się z osobami zarządzającymi na tym samym szczeblu i podzielić się praktykami nie tylko animacji i edukacji konkretnych projektów, ale również współpracy z organizacjami pozarządowymi i niezależnymi twórcami, którzy praktycznie nie mają stowarzyszeń ani praktycznie nie mogą starać się o dotacje samorządowe.

Potrzebujemy zintegrowanego myślenia o kulturze i mieście jako całości, uwzględniając edukację, promocję, MDKi, instytucji kultury i sztuki, 3 sektor.

Musimy zdefiniować rolę miejskich ośrodków kultury,  wypracować narzędzia współpracy miejskich domów kultury z sektorem pozarządowym, niezależnymi twórcami i administracją,  kreatywnych partnerstw miejskich domów kultury z sektorem biznesu, nauki...

 

Nie chcąc wprost odpowiadać na tytułowe pytanie - "Po co nam centra kultury?", doświadczając codziennie - jako pracownik takiego centrum - dotkliwej obecności zarysowanych powyżej kwestii, myślę o tekście pt. OBSZARY NIECIĄGŁOŚCI.

Poniżej szkic do szkicu mojej wypowiedzi

1. W rodzącym się wciąż na nowo, i nie mogącym wciąż ukształtować siebie dyskursie „wiedzy kultury” – istnieje święta trójca pojęć. To „wizja, misja, cele”, zanurzone w absolucie zwanym „strategią” (zintegrowanego zarządzania). Są to terminy z pola przyczynowo-skutkowego, z oświeceniowej, kartezjańskiej nie przymierzając, strefy przekonań, opartej na dogmacie postępu, rozwoju (zrównoważonego).

2. Po kilkuletnim doświadczeniu, podczas którego miałem – i mam – niepowtarzalną szansę obserwować/uczestniczyć w „produkcji” kultury średniej wielkości miasta w Polsce na wszystkich szczeblach, na marginesie chwalebnej pracy konstrukcyjnej (której nie zamierzam w żadnym wypadku negować) wolałbym skupić wzrok na miejscach nieostrych, nieoczywistych, na – obszarach nieciągłości lokalnej/centralnej polityki kulturalnej.

3. Pojęciom powyższym można przeciwstawić inne, takie jak: „globalna gospodarka (kryzys), gra polityczna (wybory), przyspieszona komunikacja przekonań (internet)”. Wielokrotnie mamy okazje się przekonań, jak tną ona pojęcia powyższe, są nad nimi w bezlitosnej przewadze. Co więcej, podmywają codziennie gmach usankcjonowanych obowiązującym kanonem społecznym, przypieczętowanym powagą państwa pojęć, takich jak właśnie – kultura.

4. Stąd na tytułowe pytanie "Po co nam centra kultury?" od razu odpowiadam niegrzecznie, też pytaniami o każdy z członów tego pytania. Po pierwsze – jakim nam mogą być potrzebne centra kultury. Po drugie – czym dziś jest centrum, w świecie demontującym tradycyjną opozycję centrum/margines? A po trzecie – jakiej kultury?
kultura jest gdzie indziej

O tym, że kultura jest dziś „gdzie indziej”, niekoniecznie w zbiornikach do których się przyzwyczailiśmy, do których przyzwyczaił nas kanon – już wiemy, i zmusza nas to do czujności. Duch wieje tam gdzie chce. Nowe, atrakcyjne fakty i artefakty kulturowe dalekie od statyczności i powtarzalności, intensywne, żywe relacje, języki społecznego dialogu eksplodują niespodziewanie w miejscach, gdzie się ich bynajmniej nie spodziewamy.

O tym wszystkim myślałem obserwując/uczestnicząc w European Juggling Convention w Lublinie. Obok dużego miejskiego cyrkowego show (festiwal Carnaval Sztuk-Mistrzów) doszło do spotkania europejskiej – i światowej – społeczności żonglerskiej i kuglarskiej. EJC dostarczyło jednego ze szczęśliwszych przykładów pokazujących w praktyce, jak głęboko trzeba przemyśleć ustabilizowane (i usankcjonowane) porządki kultury: instytucjonalne, gatunkowe, narodowe.

Co innego bowiem myśleć, pisać i czytać, że granice pomiędzy gatunkami sztuki rozpuszczają się (a może to my przestaliśmy je wytyczać?), a co innego – mieć w tę sytuację tygodniowy intensywny wgląd. Co innego wierzyć w oddolną energię społeczną, która w odpowiedni sposób wyzwolona przynosi nam dodatkowy kapitał, a co innego – widzieć jej efekty, ujęte w samoorganizacyjne ramy, funkcjonujące z niesamowitą sprawnością, ani nazbyt dogmatycznie, ani anarchistycznie.

Wiliam Pinar, badacz szukający współczesnych definicji przy granicach kultury z nauką, zgrabnie ujął to nowe-stare pojęcie twórczości w formule „a/r/tographical work”: pracy łączącej w jedno aspekty tworzenia (artist), badań (reasercher) i uczenia (teacher). W „Kulturze Enter” próbujemy przyłapać złożoność tego fenomenu, naszkicować a/r/tografię dzisiejszej kultury widzianej poprzez kuglarstwo, Nowy Cyrk, pedagogikę fascynacji, nanieść na realną mapę naszych – miejskich, polskich, europejskich problemów. Zatem: A – jak art, to współczesne sztuki performatywne, do których ze swojego marginesu cyrk włamuje się z zadziwiającymi rezultatami. R – jak reaserch, zaskakujące badania z dziedziny neuronauki, dowodzące, że żonglerka rozwija strukturę mózgu w podobny sposób, jak podnoszenie sztangi rozwija mięśnie. T – jak teaching, to pedagogika fascynacji, korzystanie z technik i narzędzi cyrkowych w edukacji, także w pracy z niepełnosprawnymi czy w trudnych środowiskach społecznych. Zapraszamy do lektury!



czwartek, 07 czerwca 2012
NOC, MIASTO - W POSZUKIWANIU TOŻSAMOŚCI

Szukamy dziś nowego pomysłu na Noc Kultury, bo wciąż szukamy pomysłu na Lublin. Skoro jest ona emanacją społecznej i kulturalnej kondycji miasta, skoro nie jest to autorski, artystyczny festiwal, bo każdy jest równoprawnym autorem Nocy, tak jak i mieszkańcem Lublina, to powinniśmy - jako miejska wspólnota - wspólnie poszukać odpowiedzi.

 

Noc Kultury - co starego, co nowego?

Już za chwilę wystartuje w Lublinie szósta Noc Kultury. Jak co roku w pierwszy weekend czerwca, na początku rozpędzającego się sezonu, nastąpi coś w rodzaju kulturalnej eksplozji. Jednej nocy, w ciągu kilkunastu godzin w kilkudziesięciu punktach miasta odbędzie się kilkaset wydarzeń. Kontynuując tę wyliczankę - z propozycji Nocy można będzie zapewne złożyć dobre kilka tysięcy godzin nieprzerwanego programu artystycznego, a uczestniczyć w nich będzie kilkudziesięciotysięczna rzesza odbiorców. A wszystko to w mieście liczącym sobie trzysta pięćdziesiąt tysięcy mieszkańców!

Pewne jest tylko jedno - że zdarzy się bardzo wiele, a właściwie - zbyt wiele. Uczestnik tej niezwykłej imprezy ma do wyboru dwie możliwości: ścisłe zaplanowanie trasy i harmonogramu, albo spontaniczne przemieszczanie się ruchem "wolnego atomu". Niezależnie od obranej metody i tak po Nocy pozostanie mu zawsze to samo wrażenie niedosytu. Ponieważ jak dotąd niedostępny szerszemu ogółowi jest dar bilokacji, uczestniczyć możemy właściwie w niewielkim wycinku zdarzeń (co prawda na pocieszenie otrzymujemy za to liczne, nie ujęte w oficjalnym programie niespodzianki). Tak więc stworzenie sobie pełnego obrazu tego, co dzieje się w Lublinie podczas Nocy Kultury to zadanie po prostu przekraczające możliwości percepcyjne pojedynczego człowieka.

Po pięciu latach istnienia Noc Kultury zmienia się w sposób radykalny, zyskując jeszcze większy rozmach oraz mocny międzynarodowy i ogólnopolski wydźwięk. Obok rozbudowanej oferty proponowanej przez instytucje i twórców z Lublina, pojawił się specjalny, duży program ukraiński, odnoszący się do rozpoczynających się już za chwilę polsko-ukraińskich Mistrzostw Europy w Piłce Nożnej. Po raz pierwszy budżet Nocy znacząco wsparło Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego, poprzez jedną ze swoich instytucji - Narodowe Centrum Kultury, włączając ją w ramy szerszego projektu Europejski Stadion Kultury. Noc jest tego programu inauguracją, a finał odbędzie się już po finale Euro 2012, w Rzeszowie. Fakt, że ta gigantyczna, jak na polskie warunki, ale wciąż znana tylko lokalnie impreza została zauważona przez centrum zawdzięczamy udanemu startowi Lublina w konkursie o tytuł Europejskiej Stolicy Kultury.

Wszystkie te informacje organizacyjne niewiele - rzecz jasna - obchodzą widzów. Niewidoczne na pierwszy rzut oka, determinują jednak charakter imprezy, wywierając wpływ na to coś nieuchwytnego, co niektórzy poetycko i górnolotnie określają jako genius loci, czy atmosferę miasta, a inni, bardziej przyziemnie i marketingowo - jako jego markę. Dlatego właśnie w niniejszym tekście chciałbym opowiedzieć nie o programie artystycznym Nocy Kultury (bo jego szczegółowy opis znajdziecie Państwo na kolejnych stronach ZOOM'a i w folderze imprezy), ale o jej kulisach, o formule organizacji i filozofii pracy. Nie ukrywam bynajmniej faktu, że przytaczam fakty i wyciągam wnioski posiłkując się bezpośrednim doświadczeniem. Pracując w Warsztatach Kultury, czyli w instytucji organizującej Noc, znajduję się w samym oku cyklonu, i od pierwszej edycji imprezy uczestniczę w jej kształtowaniu. Mam nadzieję, że za tą, nieco zbyt "branżową" opowieścią kryje się trochę niespecjalistycznej wiedzy, że stawia ona pytania ważne nie tylko dla artystów czy koneserów sztuki, ale także i - dla mieszkańców.

 

Od pospolitego ruszenia do marki - dygresja historyczna

Na wiosnę 2007 roku w lubelskim środowisku kulturalnym pojawiła się idea jednoczesnego otwarcia placówek kulturalnych, i wokół niej kilkanaście instytucji kultury zawiązało doraźny sojusz. Wtedy właśnie okazało się, jak duże jest zainteresowanie dużą, jednoczącą wszystkich ludzi kultury sprawą. Swój akces zgłosiły nie tylko wszystkie instytucje, ale niezależne organizacje i niesformalizowane inicjatywy, firmy prywatne, artyści profesjonalni i amatorzy.

Tych kilka miesięcy przygotowań do pierwszej Nocy Kultury skonsolidowało środowisko, czego efektem było również dynamiczny i wyrazisty start Lublina w konkursie o tytuł Europejskiej Stolicy Kultury 2016 i przygotowane w następnych latach aplikacje konkursowe. I stało się - praktycznie wszyscy lubelscy artyści wystąpili za darmo, impreza miała olbrzymią frekwencję aż do świtu, miasto oszalało w jakimś dzikim karnawale, kompletnie zaskakującym organizatorów, uczestników, media. Wiele wydarzeń miało całkowicie spontaniczny, nieplanowany charakter, gdyż zadziałał efekt "śnieżnej kuli", rozpędzającej się i włączającej wszystkich do działania. Warto również przypomnieć, że właśnie wtedy został podpisany przez władze (a w zasadzie "podbity" legendarną czarcią łapą) pakt o współpracy na rzecz ESK. I ta właśnie idea patronowała atmosferze kulturalnego "boomu", w której Lublin pozostawał przez kilka lat.

Proces tworzenia pierwszych edycji Nocy polegał na wymyślaniu, właściwie od podstaw, całkowicie nowego modelu dużej imprezy kulturalnej. Z dzisiejszej perspektywy to może zaskakujące, ale nigdzie w Polsce nie było wzorców tak szerokiej formuły współpracy, obejmującej całe miasto. Można się było co najwyżej odwołać do wzorca nocy muzeów, odbywających się w wielu miastach Polski i Europy. Tylko że… niewiele mógł on tutaj pomóc, ze względu na nieporównywalną skalę obu tych zjawisk. Po prostu czymś zupełnie innym jest nocne udostępnienie wnętrz kilkunastu instytucji - w porównaniu z koniecznością sprostania oczekiwaniom "pospolitego ruszenia", gotowości do akcji grubo ponad setki wszelkiego rodzaju organizacji. Konieczny stał się zatem duży rozmach działań, zebranie olbrzymiej ilości pomysłów, skoordynowanie inicjatyw, skomunikowanie się ze wszystkimi aktywnymi instytucjami i twórcami. Trzeba było pozyskać finansowanie i zgromadzić zespół, gotowy do pracy przez wiele miesięcy w roku.

Tak więc kolejne edycje Nocy Kultury to - oprócz bogactwa wydarzeń - także budowanie fundamentów organizacyjnych, i wypracowywania filozofii działania, poszukiwanie odpowiedzi na pytania "jak?" i "dlaczego?" robić Noc. Stopniowo uformowały się zespół i instytucja koordynujące Noc (formalnie - w ramach Centrum Kultury, najpierw jako Ośrodek Animacji Kultury, później Warsztaty Kultury, filia CK). Ustabilizowała się również unikalna formuła organizacyjna, know-how Nocy Kultury, które bez tradycyjnych, prowincjonalnych kompleksów można śmiało nazwać unikalnym (co potwierdzają przykłady wzorowania się na lubelskich rozwiązaniach innych miast, np. Opola). Równolegle trwała praca koncepcyjna, której celem było nadanie każdej kolejnej edycji wyrazistej, czytelnej warstwy tematycznej, co udało się osiągnąć począwszy od trzeciej Nocy w roku 2009. Odbyła się ona pod hasłem: "Człowiek w mieście - miasto w człowieku", wychodząc od skojarzenia układu ulic Śródmieścia i Starego Miasta z… sylwetką człowieka. Wydarzenia odbywały się w miejscach położonych na tym obrysie, a folder (jednocześnie mapa-manifest) głosił wszem i wobec: "W Lublinie odnaleziono Człowieka! Aby obudzić Człowieka w Mieście wystarczy odnaleźć Miasto w sobie. Spróbujemy". Czwarta Noc Kultury w roku 2010 odwołała się do miejsc historycznych Lublina, zwracając uwagę na fakt, że lubelskie Stare Miasto oraz część Śródmieścia otrzymały prestiżowe tytuły "Pomnika Historii Państwa Polskiego", i "Znaku Dziedzictwa Europejskiego". Imprezy Nocy zostały skumulowane wokół tych uhonorowanych zabytków, a w przewodniku po programie znalazły się słowa: "Historia to nie tylko pomniki i daty. Jej żywym, aktualnym świadectwem jest samo Miasto, nasz Lublin." Kolejna, piąta edycja w roku 2011 przypadła akurat tuż przed rozstrzygnięciem konkursu o tytuł ESK, w atmosferze powszechnego entuzjazmu i w apogeum emocji wywołanych przez przygotowania Lublina. Stąd pomysł, aby program Nocy oprzeć na czterech, zaproponowanych w aplikacji konkursowej, osiach tematycznych: "Kultura wiedzy", "Miasto i region", "Pamiętanie i antycypacja", "Wobec Wschodu".

Dziś, na chwilę przed szóstą edycją, można zaryzykować stwierdzenie że Noc Kultury ma w Lublinie i w regionie mocną markę, i że marka ta ma szansę zaistnieć również i w Polsce. Dokładnie tak samo dzieje się z Lublinem, startującym przed kilkoma latami z pozycji enigmatycznego "miejsca nigdzie", który dziś stopniowo staje się rozpoznawalny w kraju, przyciągając również z roku na rok coraz więcej gości z zagranicy. Noc Kultury można więc potraktować jako swego rodzaju emanację miasta, ukazanie jego możliwości i potencjału. W tym kontekście zupełnie inaczej wygląda tegoroczna rewolucja, spowodowana przez ministerialne dofinansowanie. Przez pięć lat Noc była "manifestacją kultury Lublina" (jak głosiło jej główne hasło), pokazując wszystko to, co w obszarze kultury żywotne. Trudno byłoby znaleźć artystę czy dzieło, które na Nocy Kultury prezentowane nie było. Dlatego odświeżenie Nocy, wyjście poza lokalny, lubelski świat zdarza się w idealnym momencie, zapobiegając zagrożeniom nieuniknionym w takich sytuacjach: wyczerpaniu formuły i powtarzalności.

 

Noc Kultury - próba definicji

Noc Kultury wymyka się klasyfikacjom. Z jednej strony, chociaż prezentuje liczne wydarzenia i dzieła sztuki, nie da się jej nazwać festiwalem artystycznym. Z drugiej, choć ma masowy, ludyczny charakter, zubożeniem byłoby określenie jej jako wielkiego, miejskiego festynu. Posiadając elementy zarówno jednego, jak i drugiego wydarzenia, jest czymś, co przekracza te kategorie. Ucieka od anachronicznego schematu, w którym artyści z piedestału "sztuki wysokiej" w jednokierunkowy sposób kontaktują się ze swoją publicznością. Przez likwidację hierarchii i barier, tej przysłowiowej rampy - na ile jest to w ogóle możliwe - umożliwia bliski kontakt z artystami, nierzadko w nieoswojonej, ryzykownej przestrzeni publicznej, w formule site specyfic podejmującej nie tylko grę z odbiorcami, ale i z miastem. To nierzadko prawdziwy sprawdzian dla artystów, ponieważ wiąże się z koniecznością rozbicia szklanego klosza, wyjścia z bezpiecznego, ciepłego zakątka własnej galerii, sali teatralnej. To także realna weryfikacja w postaci najprostszej z możliwych, odpowiedzi na pytanie "czy przyjdą na mnie ludzie?". Do tego wszystkiego dochodzi wyzwanie dużej ilości zainteresowanych osób, zmierzeniem się z przepływającym we wszystkich kierunkach tłumem, reagującym w sposób spontaniczny i nieprzewidywalny, często składającym się osób, dla których Noc to pierwsze doświadczenie uczestniczenia w zdarzeniu kulturalnym. W witalnej, buzującej energią atmosferze Nocy Kultury jest coś z utopijnej tęsknoty za odtworzeniem wspólnoty, reanimacją zerwanych społecznych więzi. Może najbliżej sedna sprawy byłoby nazwanie Nocy wielkim wspólnym spektaklem, w którym główne role grają zarówno artyści, jak i widzowie, a tak naprawdę - Miasto i jego społeczność?

 

 

Noc - pytania na przyszłość

Na koniec chciałoby się zapytać - co dalej z tak pięknie rozwijającą się podróżą? Pytania te mają dwojaką naturę: i finansową i filozoficzną.

1. Przez pięć lat Noc żywiła się głownie entuzjazmem pasjonatów kultury, a idea zdobycia tytułu ESK, chęć udowadniania wszystkim (a także sobie), że Lublin faktycznie stolicą kultury już jest, ten entuzjazm podtrzymywała. Z roku na rok zgłaszano w odpowiedzi na otwarty nabór coraz więcej projektów, organizatorami i partnerami Nocy jest coraz więcej podmiotów. Wszystko to przy stałym, ale niewielkim w stosunku do skali wydarzenia budżecie, który zaspokajał jedynie potrzeby organizacyjne (technika sceniczna, logistyka, służby medyczne, sanitarne, porządkowe, ponad 300 osób wynajętych do pracy) - i braku honorarium dla artystów. Od pięciu lat niezmiennie Noc Kultury kosztowała tyle, co jeden trzygodzinny koncert plenerowy z polską gwiazdą średniego formatu. Dzięki dofinansowaniu Ministra Kultury powstały wydarzenia i dzieła sztuki wyprodukowane specjalnie na Noc, dzięki którym były możliwe m.in. honoraria dla artystów. Ta nowa sytuacja stawia nowe pytania i dylematy. Noc nie ma bynajmniej stabilnej sytuacji finansowej, nie jest rzeczą pewną, że za rok ministerstwo zdecyduje się ją wesprzeć. Jeśli tak - czeka nas powrót do twardej rzeczywistości, ale już bez entuzjazmu ESK, który - powiedzmy sobie szczerze - należy do przeszłości. Tymczasem otwartym pozostaje pytanie: na kim spoczywa odpowiedzialność za kontynuację tego dzieła?

2. Powoli, ale nieubłaganie Noc staje się produktem komercyjnym, związanym z promocją miasta. Nie demonizując praw rynku, nie widząc w tym procesie wyłącznie zagrożenia, należałoby się zastanowić, jak na tym skorzystać, a jednocześnie nie zatracić unikalnej, wypracowanej przez środowisko, tożsamości Nocy Kultury. Najwyższy więc czas, aby zadać sobie, nam, Lublinowi pytania: "Jaka jest nasza kultura lokalna? Nasza swoistość?". Szukamy dziś nowego pomysłu na Noc Kultury, bo wciąż szukamy pomysłu na Lublin. Skoro jest ona emanacją społecznej i kulturalnej kondycji miasta, skoro nie jest to autorski, artystyczny festiwal, bo każdy jest równoprawnym autorem Nocy, tak jak i mieszkańcem Lublina, to powinniśmy - jako miejska wspólnota - wspólnie poszukać odpowiedzi.

* GRZEGORZ KONDRASIUK

artykuł ukazał się w:  Lubelski Informator Kulturalny ZOOM, nr 6/2012 (czerwiec 2012 r.)

sobota, 05 maja 2012
świadomość wg Lunenfelda

Dzięki uknutym na potrzeby "Kultury Enter" dalekosiężnym planom ekspansji analitycznej, funduję sobie właśnie przyspieszone korepetycje z cyberdyskursu. Wstyd się przyznać, do tej pory miałem w tej materii dość ubogie i nieciekawe skojarzenia, głównie z hermetycznym oraz fanatycznym tokowaniem. A tu - niespodzianka. Wiele świetnie napisanych, wyważonych tekstów. Znakomity na przykład Peter Lunenfeld, po polsku obecny w dwóch kawałkach , w zredagowanym przez Piotra Celińskiego zbiorze artykułów "Kulturowe kody technologii cyfrowych", i w świeżutkim tomie "Mindware. Technologie dialogu", także by Piotr (oba artykuły to fragmenty z książki The Secret War Between Downloading and Uploading. Tales of the Computer as Culture Machine, ten pierwszy można przeczytać - bez downloadingu - na stronie wydawcy link , a "Mindware" będzie wpuszczony do sieci w całości na zasadzie open source).

Póki co nie podejmuję się komentowania myśli Lunenfelda, po prostu zacytuję uderzający  fragment (tł. Paweł Frelik): 

W jakimkolwiek konflikcie istnieją linie frontu – nie inaczej jest w wojnie miedzy udostępnianiem [uploading] a ściąganiem [downloading]. Linie te, czy też wektory, biegną między dwoma biegunami: bezmyślnością i świadomością, bezsensem i konkretem.

Nasze codzienne życie jest tak pełne obowiązków i zajęć, że trudno osiągnąć w nim koncentrację. Stąd biorą się automatyczne reakcje i przyzwyczajenia w opiniach. Ale są momenty kiedy skupienie jest niezbędne i powinno być osiągnięte – taki stan można nazwać świadomym. Świadomość jest nie tyle wrodzoną cechą, co nabytą reakcją.  Świadomość wymaga zdyscyplinowania. Jest mięśniem, który musimy ćwiczyć – inaczej zaniknie.

W ściąganiu dominuje natomiast bezmyślność – to spadek po telewizji. Po sieci surfujemy tak samo, jak skaczemy po kanałach. Pogrążeni w techno-transie bierzemy naszą apatię za aktywność. A zegar tyka. Nie możemy bez końca i bezmyślnie skakać z linku na link, goniąc za wszystkim co jest w najmniejszym stopniu interesujące, ponieważ – niestety – nie żyjemy wiecznie. Świat informacji może być nieskończony, ale nasz przydział dni – tak. Zdanie sobie sprawy z różnicy między tym, co zajmuje naszą uwagę oraz ograniczonym oknem czasowym na tym świecie wymaga właśnie świadomości. Niezależnie od tego, czy inspiracji szukamy w psychologii czy filozofii Zen, świadomość nakłada na nas obowiązek aktywnych wyborów i zobowiązań wobec sytuacji i doświadczeń, które ściągamy. Tylko ona może uchronić nas przed poczuciem rozwodnionej nieuwagi, którą oznacza się zbyt wiele naszych pasywnych interakcji ze ściąganiem.

Peter Lunenfeld, Unimodernizm: info-triażm przyczepne media i niewidzialna wojna ściągania z udostępnianiem.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 28