kultura od ? do !
| < Maj 2012 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
  1 2 3 4 5 6
7 8 9 10 11 12 13
14 15 16 17 18 19 20
21 22 23 24 25 26 27
28 29 30 31      
Zakładki:
KONDRASIUK RECENZENCKO O...
kulturaenter!
Absolutnie teatralne
ESK dla początkujących
Lubelskie
Wnikliwe blogowe
Wnikliwe1

nie polecam

nie pamiętam

Online Slots
Casino

grzegorzkondrasiuk@gmail.com

Licencja Creative Commons
Ten utwór jest dostępny na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa-Użycie niekomercyjne-Na tych samych warunkach 3.0 Polska.
sobota, 05 maja 2012
świadomość wg Lunenfelda

Dzięki uknutym na potrzeby "Kultury Enter" dalekosiężnym planom ekspansji analitycznej, funduję sobie właśnie przyspieszone korepetycje z cyberdyskursu. Wstyd się przyznać, do tej pory miałem w tej materii dość ubogie i nieciekawe skojarzenia, głównie z hermetycznym oraz fanatycznym tokowaniem. A tu - niespodzianka. Wiele świetnie napisanych, wyważonych tekstów. Znakomity na przykład Peter Lunenfeld, po polsku obecny w dwóch kawałkach , w zredagowanym przez Piotra Celińskiego zbiorze artykułów "Kulturowe kody technologii cyfrowych", i w świeżutkim tomie "Mindware. Technologie dialogu", także by Piotr (oba artykuły to fragmenty z książki The Secret War Between Downloading and Uploading. Tales of the Computer as Culture Machine, ten pierwszy można przeczytać - bez downloadingu - na stronie wydawcy link , a "Mindware" będzie wpuszczony do sieci w całości na zasadzie open source).

Póki co nie podejmuję się komentowania myśli Lunenfelda, po prostu zacytuję uderzający  fragment (tł. Paweł Frelik): 

W jakimkolwiek konflikcie istnieją linie frontu – nie inaczej jest w wojnie miedzy udostępnianiem [uploading] a ściąganiem [downloading]. Linie te, czy też wektory, biegną między dwoma biegunami: bezmyślnością i świadomością, bezsensem i konkretem.

Nasze codzienne życie jest tak pełne obowiązków i zajęć, że trudno osiągnąć w nim koncentrację. Stąd biorą się automatyczne reakcje i przyzwyczajenia w opiniach. Ale są momenty kiedy skupienie jest niezbędne i powinno być osiągnięte – taki stan można nazwać świadomym. Świadomość jest nie tyle wrodzoną cechą, co nabytą reakcją.  Świadomość wymaga zdyscyplinowania. Jest mięśniem, który musimy ćwiczyć – inaczej zaniknie.

W ściąganiu dominuje natomiast bezmyślność – to spadek po telewizji. Po sieci surfujemy tak samo, jak skaczemy po kanałach. Pogrążeni w techno-transie bierzemy naszą apatię za aktywność. A zegar tyka. Nie możemy bez końca i bezmyślnie skakać z linku na link, goniąc za wszystkim co jest w najmniejszym stopniu interesujące, ponieważ – niestety – nie żyjemy wiecznie. Świat informacji może być nieskończony, ale nasz przydział dni – tak. Zdanie sobie sprawy z różnicy między tym, co zajmuje naszą uwagę oraz ograniczonym oknem czasowym na tym świecie wymaga właśnie świadomości. Niezależnie od tego, czy inspiracji szukamy w psychologii czy filozofii Zen, świadomość nakłada na nas obowiązek aktywnych wyborów i zobowiązań wobec sytuacji i doświadczeń, które ściągamy. Tylko ona może uchronić nas przed poczuciem rozwodnionej nieuwagi, którą oznacza się zbyt wiele naszych pasywnych interakcji ze ściąganiem.

Peter Lunenfeld, Unimodernizm: info-triażm przyczepne media i niewidzialna wojna ściągania z udostępnianiem.

środa, 02 maja 2012
Co po ESK w PL?

Edytorial specjalnej edycji miesięcznika „Kultura Enter”, pt "Polskie Stolice Kultury" - poświęconej sytuacji polskich miast startujących w konkursie o tytuł Europejskiej Stolicy Kultury.

 

Hasło „Polskie Stolice Kultury” pojawiło się podczas pracy nad lubelskim wnioskiem do konkursu o tytuł Europejskiej Stolicy Kultury 2016. Założenie tak nazwanego projektu było jednoczące, sytuując się w kontrze do idei konkurowania, i polegało na krajowym sieciowaniu, współpracy, wymianie doświadczeń miast kandydujących – zamiast rywalizacji.  Po wyborze Wrocławia, „stolicy” europejskiej w roku 2016 z pewnym zdziwieniem zauważyliśmy, że nic nie stoi na przeszkodzie, aby spotkać się w gronie „stolic” polskich. Co więcej, właśnie teraz warunki do spotkania i wspólnej pracy są nad wyraz sprzyjające.

 

Doświadczenia ostatnich lat zaprocentowały właściwie w każdym z miast związanych z ESK; w Białymstoku, Bydgoszczy, Gdańsku, Katowicach, Lublinie, Łodzi, Poznaniu, Toruniu, Szczecinie, Wrocławiu, Warszawie środowiska kulturalne zdynamizowały swoją aktywność, a w niektórych wciąż utrzymuje się wysoki poziom mobilizacji wyzwolony przez ten dziwaczny wyścig. Ich kontakty dość długo pozostawały w zamrażarce –  ostatnio tego rodzaju forum zebrało się w styczniu 2011 roku, a spotkanie w Lublinie było pierwszą po werdykcie próbą zgromadzenia reprezentacji osób i instytucji, pracujących w warunkach miasta „post ESK”. Aby nie samoograniczyć się kombatanckimi wspomnieniami, od początku postanowiliśmy (piszę te słowa również jako organizator) temat dekonstruować, zadając pytanie: czy nie tylko metropolie, ale i inne miasta oraz mniejsze ośrodki regionalne mogą skorzystać z naszych doświadczeń? Okazało się jednak, że nie uda się uciec od konieczności zdefiniowania sytuacji wyjściowej, od odpowiedzi na inne, poprzedzające pytanie: a jakie te doświadczenia właściwie są?

 

Świat nieprzedstawiony

No właśnie – jakie? Na to pytanie trudno jest odpowiedzieć, ponieważ kilkuletnia praca nad kandydaturami miast do ESK, nad wielkimi narracjami miejskimi, pozostaje wciąż światem nieprzedstawionym.

Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego (polski organizator konkursu) debatę nad „efektem ESK” zgrabnie zakończyło tuż przed wyborami, sprowadzając całą rzecz do kilku marketingowych frazesów. Najwymowniej można się o tym było przekonać chociażby na wrocławskim Europejskim Kongresie Kultury. Sprawa została skwitowana mimochodem, niezależnie od przebiegu debat, gdzie w hermeneutycznych, roztaczanych niemal w nieskończoność kręgach padało sporo celnych diagnoz i przykładów. Podczas oficjalnych otwarć, zamknięć i podsumowań, główni  jego koryfeusze, czy też przedstawiciele mecenasa, Bohdan Zdrojewski i Michał Merczyński zaprezentowali wykładnię Kongresu. Ustalił on przede wszystkim, że „kultura jest ważna”, a nawet – że „kultura się liczy”, i to pomimo faktu, że istnieje ona we wskazanej wszem i wobec przez Zygmunta Baumana „płynnej rzeczywistości”. Stanowisko MKDiN-u w sprawie ESK, pozbierane z przeróżnych okruchów, fragmentów wywiadów i napomknięć Ministra, jest w stu procentach zbieżne z oficjalnym werdyktem Komisji Selekcyjnej, i podobnie jak werdykt, z zatrważającą lekkością ślizga się po powierzchni zjawisk: projekt ESK zakończył się sukcesem, „wygrali wszyscy”, ponieważ w miastach-kandydatach w sferze kulturalnej nastąpił bezprecedensowy skok jakościowy i ilościowy. Każde z 11 polskich miast-kandydatów jawi się tu jako niemalże Bilbao, albo materiał do analizy dla kolejnego Floridy. Wiele wypowiedzi w tym tonie padało nie tylko w gorącym, emocjonalnym okresie tuż po ogłoszeniu wyniku, ale i podczas wrocławskiego Kongresu. I podobnie jak wydźwięk Europejskiego Kongresu Kultury, jedyny sens miały w pomnażaniu zgiełku promocyjnego tokowania. Co ciekawe, z tego obowiązującego tonu wyłamywały się jedynie głosy docierające z przestrzeni europejskiej.

Symptomatyczne zderzenie postaw nastąpiło podczas jednej z debat, zorganizowanej gościnnie we Wrocławiu przez A Soul for Europe, niezależny ekspercki think-tank, złożony z unijnych polityków, analityków i praktyków. Nigdzie w Polsce podczas toczonej od dobrych kilku lat żywej i otwartej debaty na temat tego projektu, nie słyszałem równie radykalnych i krytycznych sądu na temat ograniczeń procesu wyłaniania i organizacji Europejskich Stolic Kultury. We Wrocławiu padały one z ust wieloletnich obserwatorów i czynnych uczestników tego największego z unijnych projektów kulturalnych, takich jak Robert Palmer, autor raportu na temat długoletniego wpływu projektu na kulturę, gospodarkę, turystykę i społeczność miast w latach osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych, czy Jean-Pierre Deru (Marcel Hicter Foundation). Wielokrotnie pojawiały się tam opinie o konieczności gruntownego przemyślenia założeń projektu, o tym, że „nadszedł czas zmiany paradygmatu ESK” (Palmer), że „ESK nie da się już zmienić, dziś to tylko wielka strategia promocyjna, zatem zbudujmy zamiast ESK coś nowego, od podstaw” (Deru). Natomiast Jacek Purchla reprezentujący polską część  Komisji Selekcyjnej zakończonej właśnie odsłony konkursu na rok 2016, podzielił się refleksją utrzymaną właśnie w oficjalnym, entuzjastycznym tonie, opowiadając o tym, jak bardzo podniesiony był na duchu rozmowami z samorządowcami miast-kandydatów. „Świadomie czy nie, oni wszyscy mówili Floridą!” – konstatował. Gdzie zatem jest prawda, nasza lokalna prawda o ESK, już po wyborze kolejnej stolicy, na początku procesu wdrażania tego gigantycznego projektu, zakładającego wydanie największych bodaj od Stanisława Augusta pieniędzy na kulturę?

W sposób najprostszy ową mitologię sukcesu, „efekt ESK” zweryfikować można za pomocą analizy budżetów miast i budżetu krajowego. Analiza taka (czy ktoś podejmie ten trud?) wykazałaby, czy decydenci rzeczywiście mówią Floridą, czy może Balcerowiczem, z czasów pamiętnego wystąpienia na krakowskim Kongresie, kiedy w stronę ludzi kultury padały epitety o mentalności sowieckiego działacza.

Pouczające w tym względzie mogą okazać się również korepetycje z dwudziestopięcioletniej  historii projektu ESK, która nie była bynajmniej wyłącznie pasmem sukcesów. Ewaluacja ESK w Patras (2006), Wilnie (2009) czy Pecsu (2010) wskazuje na serię porażek organizacyjnych, naciski polityczne, próby wpływania na program artystyczny, ograniczenie projektu kulturalnego do roli miejskiej kampanii marketingowej, podejrzenia o korupcję.

 

ESK – paradoksy

Być może jedyną figurą retoryczną przystającą do miejskich historii z ESK w tle jest paradoks, a właściwie przygodna gra paradoksów. Bo czy może się udać próba uporządkowania faktów w logiczny ciąg w sytuacji, kiedy zajmujemy się zbiorem przypadkowych sekwencji zdarzeń o nieprzewidywalnych konsekwencjach?

Oto gigantyczny europejski projekt kulturalny, flagowa jednostka unijnej polityki kulturalnej, zawija w końcu do Polski, tylko z jednego powodu: po prostu nadeszła nasza kolej. Co więcej, projekt ten w samej swojej istocie oparty jest na radykalnej uznaniowości. Największe polskie miasta przeobraziły się w „kandydatów”, karnie ustawiając się w kolejce przed „ekspertami” (ciekawemu odwróceniu uległa tu zwyczajowa kolejność zdarzeń – zazwyczaj to miasta oceniają i zatrudniają potrzebnych im fachowców, a nie  odwrotnie). Wszczęto jedenaście operacji na żywych organizmach metropolitalnych, niejednokrotnie związanych z dość dużymi nakładami finansowymi, często o olbrzymim oddźwięku społecznym, medialnym czy wreszcie politycznym. Na podstawie pieczołowicie przygotowanych „aplikacji” (wniosków konkursowych), po serii wizyt i egzaminów wybrano jedno z miast. Szczęśliwiec otrzymał wymyślony przed ćwierć wiekiem tytuł i prawo organizacji (głównie za własne pieniądze) pod tym szyldem rocznego programu wydarzeń. I jeszcze taka ciekawostka: mechanizm tego konkursu nie przewiduje skutecznego systemu weryfikacji obietnic złożonych we wniosku, a tytułu odebrać się nie da.

Konieczność wpisania miasta w zaproponowaną przez ESK matrycę poskutkowała również grami z czasem. W kulturze (czytaj – w Polsce) strategiczne planowanie możliwe jest w skali roku (co jest wymuszone takim właśnie cyklem budżetowym), oraz dwóch lat (w takich odstępach odbywają się  wybory samorządowe i krajowe). Dlaczego? Od 1990 roku, kiedy uchylono ustawę o centralnym planowaniu, mamy do czynienia z możliwą do psychoanalitycznego zinterpretowania ucieczką od przyszłości. Tymczasem idea ESK zmusiła zespoły (i stojące za nimi samorządy) do większego konceptualnego wysiłku. W sytuacji, kiedy nie do końca pewny jest kształt jutrzejszego dnia, tak śmiało zakrojone działania strategiczne przemieszczają się w rejony bliskie myśleniu utopijnemu. A nic tak nie kształtuje tożsamości zbiorowej, jak dobrze skrojona utopia (w tym przypadku – utopia zrównoważonego rozwoju i zintegrowanego, kreatywnego społeczeństwa). W dodatku – jeśli władza lokalna, codziennie podejmująca najbardziej realne decyzje o wieloletnich, czasem wielopokoleniowych skutkach, uznaje utopię za swoje oficjalne stanowisko i wypisuje je na sztandarach (tak jak to stało się z konkursowymi „aplikacjami”). Póki co, wykonano na tej drodze pierwszy krok, w niektórych miastach zwiększając budżety przeznaczone na kulturę i działania społeczne, promując nie tylko instytucje, ale i mniejsze podmioty. Od razu też, co łatwe do przewidzenia, wszedzie znaleźli się ludzie, którzy utopię (oraz idee konkursu, zawarte w hasłach „wymiar europejski” oraz „miasto i obywatele”), oraz próby jej sprostania, wzięli na poważnie (najczęsciej dlatego, że sami ją od dawna realizowali). Zawiązały się lokalne porozumienia łączące tak różne światy, jak branża kulturalna, administracja, biznes, organizacje społeczne, czy samorzutne inicjatywy obywatelskie. Przekraczając podziały „ludzie lokalni”, lokalni patrioci, bez pardonu skorzystali z koniunktury nakręconej przez bardzo ładne, ale trochę puste europejskie hasło, po to, by wypełnić je własnymi, od lat gromadzonymi postulatami. Zawodowo i wolontaryjnie w konkurs ESK (a tak naprawdę – w naprawę swojego miasta, rozumianego nie tylko jako przestrzeń realna, ale i mentalna) zaangażowały się dziesiątki tysięcy mieszkańców. Oto więc oblicze paradoksu – projekt pozbawiony zasadniczo treści, w istotnej swej częsci oparty na marketingu miejskim i promowaniu w Europie marki miasta, dookreślają i nasycają wartościami grupy, które na codzień od marketingu, a często i od władzy, dzieli spory dystans. „Wymiar europejski” podają sobie z „miastem i obywatelami” ręce na zgodę. Gorzej, gdy po rozstrzygnięciu, „miasto i obywatele” zaczynają pytać – co z owego „wymiaru” pozostało miastu na co dzień, i może przydac się mieszkańcom.

 

***

Dziś, kiedy bezpowrotnie odeszło medialne zainteresowanie, możemy w końcu bez emocji zapytać: czy „inwestycja w zbiorową wyobraźnię” przynieść owoce nie tylko we wrocławskiej ESK, nie w dziesięciu pozostałych przypadkach, ale w szerszym kontekście tych ponad siedmiuset polskich miast? Rozstając się w lutym, na odchodne wyznaczyliśmy sobie kilka zadań, które być może zbliżają do odpowiedzi na to pytanie. Wśród nich – dokumentacja procesów w poszczególnych miastach i doprowadzenie do rzetelnego projektu badawczego obejmującego 11 miast kandydackich. Żadne ze zjawisk wywołanych przez ESK nie zostało bowiem w odpowiedni sposób opisane ani zanalizowane. Trudno bowiem za takie podsumowanie uznać zdawkowy, wręcz obraźliwy w swoim ogólnikowym i deklaratywnym tonie Raport Komisji Selekcyjnej konkursu, która na kilku kartkach papieru stwierdziła, że właściwie wygrali „wszyscy”, i życzyła tym wszystkim wszystkiego najlepszego, zakładając zapewne, że jakoś to będzie. Tymczasem oblicza tego zwycięstwa bywają bardzo różne. W jednych miastach założenia „aplikacji” są kontynuowane, w innych następuje powrót do status quo, jeszcze gdzie indziej – regres. Instytucje i zespoły pracują dalej, w innych – dochodzi do ich likwidacji. Ci, którzy pozostali na placu boju, obierają nowe cele. Pozostali odchodzą do innych zajęć. Znikają poświęcone projektom ESK strony internetowe, rozwiązywane są zespoły, zamykane projekty.

Żeby nie tracić cennego czasu w oczekiwaniu na badaczy, w pierwszym, intuicyjnym odruchu, Bogna Świątkowska zaproponowała prosty kwestionariusz zawierający najważniejsze, często budzące najwięcej wątpliwości, pytania o lokalny przebieg procesu ESK. Przygotowując niniejszy numer, postanowiliśmy skorzystać z tego narzędzia. Pytania przesłaliśmy do instytucji i osób związanych z projektem, kontynuujących niektóre z założeń zapisanych w „aplikacjach”. Nie w każdym przypadku udało nam się uzyskać odpowiedź, zaś te, które wypełniali członkowie zespołu, siłą rzeczy obciążone są wieloma grzechami (brak obiektywizmu, fragmentaryczność). Mimo to zdecydowaliśmy się na ich publikację, uzupełnioną wypowiedziami uczestników lutowego seminarium. Skoro innej na razie nie mamy, zdecydowaliśmy się na taką, rwaną, często emocjonalną, nie potrafiącą wydobyć się z lokalnego kontekstu, czasem postulatywną opowieść praktyków kultury, złożoną z historii subiektywnych. Nie żywimy bynajmniej złudzeń, że tworzą one spójny obraz naszych miast u progu zmian społecznych i kulturowych. Sama możliwość jego powstania budzi równie wiele wątpliwości, co sam fakt głębokości i funkcjonalności owych przewartościowań, zaklinanych zbyt gładko powtarzaną formułą „zmiany społecznej poprzez kulturę”. Będąc w samym oku cyklonu, wielokrotnie miałem poczucie, że zajmując się „produkowaniem” kultury, nie jesteśmy w stanie tego fenomenu odpowiednio opisać, że potęgująca się wokół kultury aktywność tworzy jakiś nowy rodzaj języka społecznego, który wciąż czeka na przechwycenie, na swoją werbalizację. Pewne jest jedno – czerwcowy werdykt nie zakończył, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, działań naprawczych zakrojonych na szeroką skalę, nie wygasił oddolnych aktywności. Pozostaje do rozstrzygnięcia, jak je wspomagać i przetransferować z ekskluzywnego metropolitalnego klubiku ESK do innych, mniejszych i większych miast. Być może należy rozpocząć od rzetelnej analizy kilkuletniego okresu starań o tytuł ESK 2016 w Polsce, po to, żeby wyciągnąć wnioski, przydatne wszystkim aktorom społecznej sceny. Grono praktyków kultury związanych z tymi działaniami postanowiło wysunąć propozycję stworzenia takiego raportu podsumowującego, kierując go do organizatora polskiej edycji konkursu – Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego Bogdana Zdrojewskiego. W liście sygnowanym przez reprezentantów 11 miast-kandydatów napisaliśmy: Zwracamy się do Pana Ministra z postulatem zainicjowania projektu ewaluacji kilkuletnich starań o tytuł ESK 2016 w Polsce, oraz projektu monitorującego procesy zapoczątkowane przez udział w konkursie. Oba te przedsięwzięcia wymagają znacznych nakładów finansowych, przekraczających możliwości poszczególnych ośrodków. Z tego powodu uważamy, że projekt powinien zostać przeprowadzony pod egidą Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego – jako formalnego organizatora konkursu, oraz Narodowego Centrum Kultury – jako operatora projektu. (…) W naszej opinii, w ramach postulowanych projektów badawczych zespół niezależnych ekspertów – we współpracy z lokalnymi obserwatoriami kultury oraz w partnerstwie z ośrodkami kontynuującymi programy stworzone w aplikacjach – powinien dokonać analizy skutków działań podjętych przez wszystkie jedenaście miast, obserwując ich wdrażanie po rozstrzygnięciu konkursu, oraz wysuwając wnioski i rekomendacje. Całość powinna opierać się na pogłębionych badaniach przeprowadzonych w miastach kandydujących i zawierać analizy m. in.: programów, poniesionych i planowanych wydatków, formalnych i nieformalnych struktur organizacyjnych, form współpracy międzysektorowej oraz dobrych praktyk. Efektami projektu powinny być: zgromadzenie i publikacja kompletnej bazy danych oraz raport opublikowany w językach polskim i angielskim, który będzie nie tylko dokumentem archiwalnym, ale także zbiorem rekomendacji dla samorządów lokalnych i operatorów kultury, oraz organizatorów konkursu i miast kandydujących do tytułu ESK w kolejnych edycjach. Mamy nadzieję, że dzięki procesom monitoringu i ewaluacji o powyżej nakreślonych założeniach, nasze doświadczenia, skupiające się głównie w środowiskach kulturalnych i w zamkniętej liczbie miast, zostaną wykorzystane na zasadzie transferu know-how także i w mniejszych, regionalnych ośrodkach, oraz w innych krajach Europy.

W oczekiwaniu na odpowiedź, czytając materiały nadesłane z 11 miast-kandydatów, dochodzę do wniosku że porównywanie ze sobą miast startujących w konkursie nie prowadzi do jednoznacznej konkluzji. Poza jedną, niekoniecznie konstruktywną. Wdarcie się ESK w status quo w jakim tkwi polska kultura, obnażyła podstawowe słabości modelu, w którym kompletnie rozmyte jest pojęcie odpowiedzialności za podejmowane dzieła, szczególnie te w długiej perspektywie trwania i o niewymiernych efektach. Kultura znajduje się w sferze „pomiędzy”, pomiędzy samorządem a rządem, instytucjami a NGO, między tzw. kulturą wysoką a demokratyzującą się sferą przenikania działań społecznych i kulturowych. Bywa instrumentem sprawowania władzy, wyjątkowo podatnym na użytkowe, instrumentalne traktowanie przez aktorów społecznej sceny. Nie należy do nikogo – więc każdy z graczy rości sobie do niej prawo, obarczając kulturę takimi zadaniami jak: zarabianie pieniędzy, promocja bytów politycznych (państwo narodowe, UE) i miast, marketing polityczny, dyplomacja kulturalna, a nawet rozwój gospodarczy, i integracja społeczna. Zadania są więc wielkie, a odpowiedzialność „zadających” – żadna.

Ciągle przed nami debata o odpowiedzialności za kulturę, jak i o kulturze rozumianej jako odpowiedzialność.

 

„Polskie Stolice Kultury”, 3-4 luty 2012, organizatorzy: Warsztaty Kultury w Lublinie, przy współpracy Collegium Civitas i Narodowego Centrum Kultury.

 

Grzegorz Kondrasiuk



wtorek, 27 marca 2012
wpis dla branży



dziś obchodzimy hucznie międzynarodowy dzień teatru

pytanie do kolegów i koleżanek z branży - co robicie tego dnia? bo u mnie jak zwykle praca dom praca dom

widocznie nie jestem jednak z branży

nie to co uczestnicy XXVI Kongresu AICT (Międzynarodowego Stowarzyszenia Krytyków Teatralnych), którzy właśnie zjechali do Warszawy na swój zjazd

co porabiali (porabiają) dziś krytycy z Polski i świata?

oto wybór z oficjalnego programu: 

 

27 marca

8.00-9.00 śniadanie

9.15 oficjalne otwarcie (prowadzenie Tomasz Miłkowski, przew. polskiej sekcji AICT, podziękowanie Ministrowi i organizacjom wspomagającym)

• oficjalne powitanie – krytyk senior Andrzej Żurowski;

• powitanie w imieniu organizatora – Marek Kuliński, przewodniczący Oddziału warszawskiego Stowarzyszenia Dziennikarzy RP;

• pozdrowienia w imieniu ministra Kultury;

• słowo Prezydenta AICT – Yun Cheol-Kim

10.00 Wokół sceny w 60 minut, wystąpienie prof. Jerzego Limona, inaugurujące seminarium Teatr poza teatrem

10.40 I sesja seminarium Teatr poza teatrem, prowadzenie prof. Don Rubin, Kanada [7 mówców]

13.15 Ceremonia wręczenia Nagrody im. Ireny Solskiej Prize, przyznanej przez Polską Sekcję IATC/AICT NINIE ANDRYCZ w uznaniu jej wybitnych osiągnięć artystycznych    14.00 – reception

15.30 Szpilmania. Tych lat nie odda nikt, spektakl muzyczny oparty na piosenkach Władysława Szpilmana, reż. Andrzej Strzelecki, produkcja Agencja Artystyczna cdn, reż. Andrzej Strzelecki

17.00 spotkanie z okazji Międzynarodowego Dnia Teatru w Teatrze Ateneum z udziałem prof. Hanny Gronkiewicz-Walz, Prezydent m.st. Warszawy. W programie: informacja o teatrach warszawskich [Tomasz Miłkowski], informacja o warszawskich Spotkaniach Teatralnych [prof. Magdalena Raszewska], list ITI z okazji MST, gratulacje prezydenta AICT, prof. Yun-Cheol Kima. Spotkanie prowadzi Sławomira Łozińska, dyrektor naczelny Teatru Ateneum

17.45 cocktail, kuluary teatru Ateneum

18.00 lub 21.00 Utwór o matce i ojczyźnie Bożeny Keff, reż. Jan Klata, Teatr Polski we Wrocławiu [Teatr IMKA, 90 minut, bez przerwy]

19.00 T.E.O.R.E.M.A.T. wg P.P. Pasoliniego, TR Warszawa, reż. Grzegorz Jarzyna [120 min.]

19.30: Kupieckie kontrakty Elfriede Jelinek, reż. Paweł Miśkiewicz [Teatr Dramatyczny, Mała scena]

19.00: Mazepa Juliusza Słowackiego, reż. Piotr Tomaszuk [Teatr Polski w Warszawie] spektakl w języku polskim bez napisów

 

jeszcze ciekawszy jest program na jutro:

 

28 marca

8.00-9.30 śniadanie

godz.9.30-16.00 wycieczka na Mazowsze w programie: Żelazowa Wola – Dom Fryderyka Chopina, pałac w Radziejowicach (Dom Pracy Twórczej), obiad w pałacu, monolog Henryka Talara o krytyce

19.00 Joanna szalona Jolanty Janiczak, reż. Wiktor Rubin, Teatr im. Stefana Żeromskiego w Kielcach [Teatr Powszechny, 100 min. bez przerwy]

19.00 Mazepa Juliusza Słowackiego, reż. Piotr Tomaszuk [Teatr Polski w Warszawie] spektakl w języku polskim bez napisów

21.00 Sierakowski spektakl grupy komuna//warszawa (blisko Teatru Powszechnego).

Po spektaklu coctail

 

wtorek, 13 marca 2012
Lublin, czas i płeć w teatrze, akcelerator z czkawką, polityka, pies

fot. Mateusz Wajdafot. Mateusz Wajda

Instytucjonalne skrzydło lubelskiego teatru dostało w ostatnim czasie fascynującej temporalnej czkawki. Dwie najstarsze sceny, wraz z obsadą, wsiadły do Wielkiego Przyspieszacza, który jednak nieco się rozregulował, bo raz przyspiesza, raz zwalnia, a nawet – znienacka przerzuca w przeszłość.

1. 

17 marca premiera w Teatrze Osterwy, „Na końcu łańcucha” wg tekstu Mateusza Pakuły. Autor, bogaty o doświadczenie zdobyte podczas poprzedniej lubelskiej realizacji („Biały Dmuchawiec”), reżysera dla tekstu (a konkretnie reżyserkę) tym razem wybrał samodzielnie. I tak oto w gmachu przy Narutowicza próby rozpoczął człowiek kompletnie nie związany z kimkolwiek z ekipy dzierżącej, zdawałoby się dożywotnio, prawo pracy z osterwicznym zespołem. Nie jest to nikt z bodajże pięciu lub sześciu panów wymiennie zapełniających od lat repertuar sceny przy Narutowicza. W dodatku – kobieta. Co najmniej o jedną generację młodsza niż przewiduje lubelski standard. Do tego – z zagranicy. No i tekst – czyżby w końcu, tylnymi drzwiami postdramatycznego remixu Pakuły, trafili na osterwiczną Spełnię wielcy dekonstrukcjoniści teatru rozumianego jako świątynia Słowa i Sensu – Müller, Schwab i Koltѐs?

Ostrożnie! Dygresja krytyczno-historyczna

Wiem, wiem – scena przy Narutowicza widziała niejedno przez swoje długie mieszczańskie życie, ale w ostatnich dekadach raczej tylko w okolicach festiwali…  W czasie zakończonej w ubiegłym sezonie dyrekcji Krzysztofa Babickiego (prawie 20 „sztuk” jako samozatrudniający się dyrektor), widziała za to premiery Tadeusza Bradeckiego, Eugeniusza Korina i Bogdan Toszy (po 4-5 realizacji), choć bywali tu i reżyserzy spoza dyrektorskiej ekipy. Zaproszono nawet jedną kobietę – Anna Augustynowicz w 2005 roku wyreżyserowała „Sędziów”. (A przed nią? Anna Chodakowska z „Antygoną”, dokładnie dziesięć lat wcześniej). Owszem, pracowali tu także i reżyserzy zagraniczni. Przed kompletnie „spolszczonym” Korinem (Rosjaninem od ponad trzydziestu lat pracującym w Polsce) do Osterwy za sprawą sztuki „Zmęczony diabeł'' Siergieja Kowalowa zabłąkał się Białorusin, mieniący się raczej Rosjaninem - Rid Talipow (1997). Była nawet i sztuka „Prezydentki” autorstwa jednego ze wspomnianej obrazoburczej trójki, tzw „brutalisty” Wernera Schwaba, wystawiona w roku 2000 na małej scenie, jako łabędzi śpiew dyrekcji Cezarego Karpińskiego. Jedna kobieta-reżyser, jeden obcokrajowiec i jeden brutalista raz na dziesięć lat to chyba dawka wystarczająca dla porządnego mieszczańskiego teatru!

Pies

Pojedynczo zatem precedensy dają się jak wiadomo znieść. Ale takiego ich nagromadzenia to chyba i najstarsi bywalcy nie pamiętają, bo pamiętać nie mogą. Takie rzeczy się po prostu nie zdarzały… Być reżyserką, kobietą, być z zagranicy, pracować w Teatrze Osterwy nad eksperymentalnym tekstem – to obcość wielopiętrowa, podniesiona do potęgi. Zmierzyła się z nią Eva Rysova, pracującą na stałe w Brnie. Eva ściągnęła posiłki w postaci swoich teatralnych sojuszników, no i po prostu, jak to bywa w teatrze, rozpoczęła próby nad wariackim dramatem Pakuły. Sięgnijcie teraz do wspomnień z estetycznych wstrząsów oferowanych przez Teatr w ostatnich latach oraz dokonajcie porównawczego zapoznania się z fotosami, bądź fejsbukowym fanpejdżem spektaklu (!) żeby zrozumieć, że za chwilę nastąpi w naszej najprzyzwoitszej teatralnej bombonierce tąpnięcie. Nie ma w tym zresztą żadnego rewolucyjnego zamierzenia, sprawił, to raczej zbieg kilku okoliczności, z których najistotniejszą jest, powiedzmy sobie szczerze, wymiana estetyczna i pokoleniowa przy sterach. Prawdziwie symboliczne są, wyzierające ze spektaklowych zapowiedzi, artefakty i patroni tej przemiany. Obcość w Osterwie będą oswajać pies na łańcuchu, chór wampirów emerytów (bardziej w stylu Lady Gaga niż Hrabiego Drakuli) i grający na żywo do „pokazu mody” zespół muzyczny… Na wybiegu egzorcyzmować będą nieszczęsnego demona Tytusa Andronikusa, najwyraźniej w grę wchodzi założenie, że władza też jest sexy, a mord i gwałt ma w sobie wielki pierwiastek glamour… Tak więc niewykluczone, że podczas premiery otwory się gdzieś w okolicy sceny na Narutowicza derridiańska szczelina. A poprzez szczelinę, jak wiadomo wieją silne przeciągi, albo i coś błyska i huczy, nie wiadomo skąd, zagrażając utartym ścieżkom pojęciowym i kanonom estetycznym. Przeciąg może wywiać te wszystkie ziejące naftaliną walizki, prochowce, marynarki, falbanki i rękawiczki, skrzypiące podesty wwożące i wywożące wiecznie te same biurka, sekretarzyki i łóżka, pompatyczną muzykę rodem z filmu SF klasy C, łkania, spazmy, chichoty, nie dające się zahamować mizdrzenie się do widzów, granie tylko przodem do widowni, wytrzeszczanie oczu, kobiety w dwóch wariantach – matrona albo kurwa (z możliwą kombinacją tych dwóch wariantów w jednej roli), mężczyzn w dwóch wariantach – młodsi naiwni albo starsi i cyniczni, teatralne polerowanie kabaretu, telenoweli bądź policyjnej telenoweli, pustkę myślową i trywialność która udaje klasykę.

Akcelerator

Oto są pytania do rozstrzygnięcia w tym i w kolejnym sezonie – czy dobiegł wreszcie końca schulzowski trzynasty miesiąc w którym przycupnął i zimuje osterwiczny zespół? Czy ta podróż w estetycznym Wielkim Przyspieszaczu odbywa się tylko raz, i tylko w jedną stronę? Czy „Na końcu łańcucha” jest to raczej sporadyczny paroksyzm estetyczny, wycieczka jednorazowa (jak to czasem bywa z wycieczkami teatrów repertuarowych, tych łańcuchowych psów frekwencji, gustów, branżowych przyjaźni i sugestii mecenasa)? I czy mamy do zaoferowania coś zamiast, jakieś sensowne propozycje,  gdy już ostre przeciągi wywieją dawniej mądrą, dziś ogłupiałą formę?  

2.

Tymczasem kilka ulic dalej, na Starym Mieście, w objęciach Jezuickiej i Dominikańskiej, właśnie otworzył się nowy Teatr Stary, pod kierownictwem dyrektorki  (właśnie!), Karoliny Rozwód. Zbudowany prywatnym sumptem (posag!) prawie dwieście lat temu w błyskawicznym tempie, w kilka letnich miesięcy, na średniowiecze  pamiętającym wysypisku śmieci, miał i on swoje lata świetności. Potem było już gorzej, bo bogatsi mieszczanie (w tym najwięksi lokalni patrioci, rodzina niemieckich przemysłowców) zrzucili się i pobudowali lubelski Teatr Wielki (dziś – rzeczony Teatr im. Osterwy). Stary przechodził wzloty i upadki, był domem dla wielu bezdomnych teatralnych zespołów, dla jednego z pierwszych kinematografów, aż trafił na równię pochyłą. W latach pięćdziesiątych XX-wieku na śmietniku wylądowały dekoracje, kostiumy, kinematograf i jedno z najstarszych w Rzeczpospolitej muzeów teatralnych, kolekcja Julii Makowskiej. Od schyłku lat osiemdziesiątych ze sfery kultury powracał coraz skuteczniej do natury, przekształcając się w zjawisko z pogranicza fauny i flory. Zastanawiająca trwałość motywu śmietniska, nieprawdaż?

Polityka

Dziś, dzięki sojuszowi pieniędzy unijnych, krajowych i miejskich, ta naturalna oś czasu została odwrócona. Renowacja (a raczej odbudowa) zamieniła ten organiczny, zgniły bodlerowski kwiat w kolejną wypacykowaną na gładko bombonierę. Nie dziwota zatem, że na otwarciu nie zabrakło prezydenckich głów (była głowa Państwa i była głowa Miasta), oraz rekordowego jak na wydarzenie kulturalne stężenia polityków i dyrektorów wszelakiej maści na metr kwadratowy. Zastanawia mnie, czy wszyscy się zmieścili, czy od 1822 roku ilość dygnitarzy i lokalnych celebrytów wzrosła? Wszak maleńka widownia Starego sformatowana była według aktualnej prognozy rynku, tak, aby zmieścili się wszyscy możni tego gubernialnianego światka. Gdybym na tym otwarciu był, to zamknąłbym oczy, i przeniósł się w przeszłość. Na otwarcie wystąpiło bywające tu od dwóch sezonów Towarzystwo Dramatyczne Karola Bauera, artysty krakowskiego o saskim pochodzeniu, grywającego w owym czasie opery, wodewile i dramy w Kaliszu, Radomiu, Siedlcach, Łowiczu, Krasnymstawie. Cytowane przez historyka sceny kaliskiej opinie władz miejskich podkreślają jego „usilną i staranną chęć zadawalniania publiczności”. Zadowolniona była pewnie i publiczność tego pierwszego wieczoru, 20 października  1822 roku, tak jak zadowolnieni – sądząc po przekazach medialnych – byli uczestnicy tego, nam współczesnego otwarcia nowego Teatru Starego, zabawiani hiszpańskim flamenco. Czy fundator teatru, oficer Łukasz Rodakiewicz, na pewno zaprosił wszystkich, których należało zaprosić? Rozglądam się i jako żywo widzę błyszczące guziki carskich zarządców najwyższych rang, przyszli z żonami, na pewno są wszyscy, którzy powinni być. Już za chwilę się rozpocznie. Zbliża się ten sakralny moment, gdy wysuwa się język i przekazana zostanie komunia władzy, uroczyście celebrowany sakrament przynależności. Jak w każdym rytuale, nie ma szans na wahanie, przeciągi i nieciągłości. Do teatru nie przychodzi się bezkarnie. Orkiestra Karola Bauera daje tusz. Najważniejszy Performer wchodzi na scenę…

13 marca 2011, Lublin

Grzegorz Kondrasiuk 

niedziela, 26 lutego 2012
Po "Komornickiej"

Od dawna już przyzwyczaiłem się do tego nowego stanu, do tego, że przycichł głos wzywający mnie do pełnienia „czynności krytycznych”. Coraz mniej i mniej teatru robi się w Lublinie, i ja wciąż mniej i mniej teatru oglądam. Zresztą, nie ma między tymi faktami związku. Powodów, dla którego zachodzi to lubelskie znikanie, może być wiele. Powód znikania teatru dla mnie i we mnie jest tylko jeden, to tzw. „życie”.

Tym piękniej smakuje odstępstwo od tej reguły. Właśnie się zdarzyło, w ubiegły piątek, sobotę, niedzielę. Mam na myśli spektakl, którym przypomniała o swoim istnieniu Scena Prapremier InVitro, zapraszając artystów z bygdoskiego Teatru Polskiego. „Komornicka. Biografia pozorna” – spektakl sygnowany wspólnie przez Bartka Frąckowiaka i Weronikę Szczawińską. Gra w nim jedna aktorka – Anita Sokołowska, ale nie jest to monodram. Za wiele tu ponadindywidualnej ekspresji, zderzają się osobowości, począwszy od bohaterki/bohatera (Marii Komornickiej/Piotra Własta), przez mocne, nie ukrywające się osobowości reżysera, dramaturżki, scenografki, muzyka współwystępującego na żywo, no i wreszcie – aktorki. Więc to nie tylko ona wyzwala żywioły wizualności, muzyki, gestu na pograniczu tańca, kojarzy te szyfry, zderza je ze słowami Komornickiej/Własta. Kaskady sensów, popędzają się cytaty i przywołania, nie tylko źródła, poezja ale i dokumenty życia osobistego, zdjęcia, ale i bezpretensjonalnie i bezceremonialnie przywołany Kafka, no i XX-wieczny bagaż intelektualny, Foucault, Barthes, Grotowski, na scenie wśród artefaktów z epoki, rzeźb i grafik…

Czytamy Komornicką w ten sposób i nic wam do tego, zapraszamy, jeśli macie ochotę, mówią twórcy tego przedstawienia. Irytują i zaciekawiają. A w finałowych scenach dają nawet tą dziwną, przynależną chyba tylko teatrowi nadzieję, że w borykaniu się każdej indywidualności z ideologiami wszystkich poziomów jest coś więcej niż nużący tragizm. Wzruszający, choć pewnie fałszywy, jak każda piękna prawda, obraz: Włast podróżujący ku własnej śmierci poprzez najgorsze dziesięciolecia XX wieku, na własnej ścieżce, ścieżce jogina. I Anita Sokołowska, biorąca ten ton bez najmniejszego zawahania, bez jednej fałszywej nutki.

poniedziałek, 06 lutego 2012
Polskie Stolice Kultury - zaraz po

Pół roku po rozstrzygnięciu konkursu ESK w gronie osób związanych na różne sposoby z przygotowaniem kandydatury dokonaliśmy pierwszej próby podsumowania. Objawił się paradoks. Projekt ESK ukazał swoją dwuznaczną siłę, wiele miast do dziś nie pozbierało się z traumy którą wywołał, a inne (w tym Lublin) usiłują po wstrząsie oferującym nowe perspektywy złapać kierunek  zrównoważonego rozwoju. Wiele razy pojawiał się postulat likwidacji konkursu w obecnym kształcie (przypominam że trwa debata nad tym, co z ESK po roku 2019). Jasno i otwarcie mówiliśmy o serdecznym uścisku środowisk kulturalnych, oraz lokalnej i krajowej władzy. A jednocześnie zrozumieliśmy, że tym intensywniej pracować trzeba nad naprawą polskiej kultury, i to nie tylko w 11 aglomeracjach miejskich.

środa, 09 listopada 2011
Boniecki i Tektura

Ojciec Boniecki... Może to musiało się tak skończyć?

Na jednym ze spotkań "Myślarni" (były takie seminaria w Lublinie, jeszcze pół roku temu, z okazji ESK) rozmawialiśmy o kulturze krytycznej. Akurat ksiądz Boniecki był w Lublinie i gościnnie, nieco zdumiony, przysłuchiwał się tej naszej luźnej rozmowie o pryncypiach. Sławomir Marzec mówił wtedy o fikcyjnosci pewnych postaw, o pułapkach sztuki krytycznej, oponował mu Tomek Kitliński. Jednak chyba najbardziej księdza Bonieckiego ożywiła wypowiedź Michała Wolnego, anarchisty, jednego ze współtwórców alternatywnego pankowego centrum Tektura. Michał wspomniał o oddolnych akcjach Tektury takich jak Food not bombs (mija już chyba 10 lat, jak w sezonie zimowym serwują bezdomym ciepłe wegetariańskie jedzenie), o happeningach pod MacDonaldem (po reakcjach słownych odniosłem wrażenie że niektórzy spośród chyba 10-osobowego grona nie rozumieli dlaczego akurat tam), o street-artowych interwencjach. Po wszystkim ksiądz grzecznie wszystkim podziękował ze spotkanie i podszedł do Michała. Nie wiem o czym rozmawiali ładnych parę minut, widziałem tylko jak redaktor długo ściskając dłonie Michała z żarliwością coś mu tam tłumaczył. 

(Rozmowa toczyła się w drogim lubelskim hotelu, przy dobrym obiedzie, co nadawało rozmowie  odpowiednią dozę przydatnego, nieco kompromitującego dystansu wobec poruszanego tematu. A spora część aktywnośći Tektury ostatnio również koncentruje się wokół spraw jedzenia: najnowszy przykład - Lubelska Kooperatywa Społeczna.) Ot, paradoksy.

poniedziałek, 31 października 2011
teatrpolityczny.pl

Teatr polityczny w Polsce istnieje i nie istnieje jednocześnie, tak jak i polityka w polskim wykonaniu, która jest, ale tak, jakby jej nie było. Miejsce teatru politycznego, tak jak i polityki, jest gdzie indziej – na przykład w głowach ludzi recytujących hymny patosu i niewinności na antenie Radia Maryja, w TVN-owskim „Szkle kontaktowym”, we wszystkich uproszczeniach właściwych ludziom którzy nie mają wpływu, bo mieć go nie mogą. Wszędzie tam, gdzie bezpośrednio zainteresowani uprawiają kręcenie się wokół własnego dyskursywnego ogona, niezależnie od kierunku, w którym się kręci Ziemia. 

W Polsce teatr skojarzony z polityką ma tak samo chwiejny status jak i inne dziedziny sztuki, które mają się tak samo nijak, jak wszystkie inne kanały porozumienia, inne instrumenty debaty nad sprawami publicznymi, zarażonymi chorobami fasadowości, bezpretensjonalnego bełkotu, zagłuszania pseudodebatami   rzeczywiście istotnych spraw.

czarne msze

ot koincydencja

w warszawie w teatrze dramatycznym artur żmijewski parodiuje (sorry, teraz się mówi remixuje) mszę, a w toruńskim csw kazimierz piotrowski przywołuje szlachetną kategorię gniewu, zanurzając za jej pomocą głowę w tajemnicze, ciemne morze duszy polskiej...  

intelektualnie Piotrowski znacznie mocniejszy (kurator w końcu), no i ten niebagatelny aspekt odpalenia bomby w samym sercu diametralnie innego dyskursu (tzw sztuki wizualne to jednak dominujący głos "krytycznych", szczególnie wobec tejże duszy)

żmijewski za to za plecami ma mocnych pomocników, nie wiem czy grotowski, egzorcyzmowany przez kolankiewicza tak naprawdę jest najszczęśliwszym pomocnikiem, ten który od bluźnierstwa "apocalypsis" doszedł jednak do "święta"

w planie najprostszym: czy mamy w tym widzieć znów napierdalanie się trumnami po głowach?

w planie meta nie wiem co mam powiedzieć, bo zdarzeń nie widziałem tylko o nich czytam, ale ten sposób tańczenia z przeciwnościami nie budzi  mojego entuzjazmu

dobranoc

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 27