kultura od ? do !

nie polecam

nie pamiętam

Online Slots
Casino

grzegorzkondrasiuk@gmail.com

Licencja Creative Commons
Ten utwór jest dostępny na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa-Użycie niekomercyjne-Na tych samych warunkach 3.0 Polska.
Blog > Komentarze do wpisu
"Kamienie w kieszeniach", czyli aktor odzyskany.

całkiem zadowolony reżyser łącznie z trofeum (fot. koZa)

 

Ten spektakl jest haustem świeżego powietrza w dawno nie wietrzonym pokoju. Po pierwszych kilku, kilkunastu minutach „Kamieni...” dało się odczuć takie właśnie przemożne wrażenie - ktoś po prostu zrobił to, co zrobić należało, po prostu uchylił okno, i spowodował przeciąg. Może nieduży, ale wystarczający, aby wywiać wspomnienia wszystkich wymęczonych teatralnych minut, obrzydzenia i zwątpienia w rację bytu tego wątłego strumyczka sensu, któremu na imię ludzki teatr (czyli teatr dla ludzi). Okazało się, że aktor dramatyczny nie jest ostatecznie tekturową figurą, popychadłem do przestawiania na scenie, deklamatorem niczyich myśli, firmującym wyssane z palca, nadęte, trzeciej świeżości koncepcje Jaśnie Pana Reżysera. Okazało się, że istnieje w Lublinie młoda (nie z racji wieku, chodzi tu o staż) publiczność teatralna, widownia nieprzebrana w studniówkowy garniturek, ludzie, którzy szukają wrażeń, są po ludzku ciekawi, a nie przyprowadzeni zostali „na lekturę” przez panią polonistkę. Okazało się, że czytają bezbłędnie wszystkie sceniczne niuanse. Okazało się, że w Lublinie powstać może dobry spektakl, wbrew zwyczajowej logice, zrobiony głównie dla tzw. „fanu”, kompletnie bez wsparcia wielkich tego światka.

A zatem – witaj normalności! Halo, halo, Drogi Wielce Kulturalny Lublinie! Jesteśmy w dzisiejszym świecie niskobudżetowych niezależnych produkcji teatralnych, grania w knajpach i klubach, siedzimy przy kawiarnianym stoliku, i jest nam tak samo dobrze jak w pluszowym fotelu, a czasem nawet lepiej. Choć przez chwilę, jeden wieczór nie musimy podróżować do najbliższego miasta, żeby zobaczyć aktorów dramatycznych, którzy w chwilach wolnych od zasuwania lepszym lub gorszym litym wierszem narodowym grywają blisko ludzi, i najwidoczniej cenią sobie bliski oddech widowni.

Dla zainteresowanych, a postronnych (czyli nielubelskich) obserwatorów powyższe żale z lubelskiego podwórka są kompletnie nieistotne i nieczytelne. Tak jak i nasza, głupia może nadzieja, z która zasiadamy do pisania tego tekstu. Nadzieja na to, że Grand Prix szczecińskiego Kontrapunktu dla „Kamieni” będzie dla środowiska czymś więcej niż tylko nagrodą. Może wskazówką, może dowodem na to, że czasami cuda się zdarzają, i spektakl zrobiony z niczego, czyli z głowy, z dobrego pomysłu, z talentu aktorskiego i reżyserskiego, został na końcu, jak w porządnej bajce, doceniony.

Taki to szczęśliwy przypadek, że najskromniejsze możliwości „sceny” Graffiti stały się trampoliną dla wyobraźni trójki twórców: reżysera Łukasza Witta-Michałowskiego, Bartłomieja Kasprzykowskiego i Szymona Sędrowskiego. Na otoczonej trzema ścianami estradce niedużego klubu rockowego, niejako z konieczności odarty z większości scenicznych „wspomagaczy” powstał spektakl wielowymiarowy, rozgrywany na wielu płaszczyznach subtelności jednocześnie. Urodzona w 1951 roku irlandzka dramatopisarka Marie Jones napisała tekst dla dwóch aktorów grających ponad trzydzieści ról jednocześnie. Pozornie tematem są perypetie przyjezdnej ekipy filmowców w Irlandii (topowej gwiazdy, reżysera z „najwyższej półki”, bezwzględnego kierownika planu, asystentki) z grupą miejscowych statystów z pobliskiego miasteczka. W ten sposób opowieść otrzymała metateatralne piętro, stała się równolegle prowadzoną, fascynującą grą przeistoczeń, żonglerką rolami społecznymi, koncertem na dwóch aktorów i kilkadziesiąt postaci. Przemiany na początku dyskretnie, za zasłoną scenografii, stopniowo nabierają przyspieszenia, odbywają się bezwstydnie, na oczach publiczności. Ekwilibrystyka, więcej - alchemia zostaje obnażona, i nic nie traci ze swej tajemnicy. Kiedy dwaj transowi magicy, w zapamiętaniu nie tracąc precyzji grania prowadzą nas ku finałowi, przewrotnemu morałowi o tym, że „wystarczy chcieć” możemy sobie dośpiewać także i myśl taką, że w spotęgowanej do granic możliwości fikcji czai się mało wygodna prawda.

Ciężar „Kamieni w kieszeniach” nie wynika bowiem wyłącznie z udanego przeprowadzenia widza przez metateatralny gąszcz kolejnych pięter fikcji. Bo niby oglądamy sztukę wesołą, ale w miarę rozwoju wydarzeń coraz bardziej „ogromnie przez to smutną”, że z okazji roku Wyspiańskiego posłużę się tą mocno ostatnio nadużywaną wieszczą frazą. Wprowadzająca ton serio w początkową bufonadę samobójcza śmierć jednego ze statystów nie jest bowiem wbrew temu co napisał Janusz R. Kowalczyk w „Rzeczpospolitej” „estetycznym zgrzytem”, ale mocnym sygnałem, że nie tylko o zabawę tu chodzi, że istotą tej gry jest „boska ironiczna wszechstronność”, o której pisał przed niemal stu laty Tadeusz Rittner szukając nowoczesnej definicji komedii.

Jones zderza w swej sztuce świat marzeń bohaterów z zapadłej irlandzkiej prowincji ze światem marzeń made in Hollywood i bez ironii, bez dystansu zrodzonego z metateatralnej zabawy powstałaby sztuka mdła, w najlepszym razie wzruszająca. „Kamienie...” jednak takie nie są. Wbrew opiniom „wziętego reżysera”, że ich projekt „się nie sprzeda”, że brak w ich scenariuszu wątku romansowego (tu przypominają się słowa Kazimierza Kutza, który na propozycję wprowadzenia do opowiadającego o śmierci górników w Kopalni „Wujek” filmu „Śmierć jak kromka chleba” wątku miłosnego odpowiedział, że jedynym erotycznym motywem, jaki przewiduje, będą słowa górników skierowane do ZOMO-wców „pocałujcie nas w d...”) - oni pełni zapału przystępują do realizacji filmu o koledze-samobójcy. A że klamrą spinającą ich wyśniony film ma być kadr z... krową, to już inna historia. „Boska ironia” musi bowiem być wszechstronna.

Oglądając przedstawienie Witta-Michałowskiego nie sposób pozbyć się wrażenia, że tytułowe kamienie zalegają kieszenie wielu z nas. Wyposażeni w marzenia atrakcyjne i modne niczym krowy czy przenośne toalety (z których składa się cała scenografia w spektaklu) zderzamy się ze światem pędzącej oczywiście w zwolnionym tempie po ulicach kolorowej środkowoeuropejskiej metropolii Magdy M. czy innej tam Judyty. I jedynie wrażliwość, twórcza wyobraźnia pozwoli zamienić kanalizacyjne rury, toi-toie i inny sanitarny ekwipunek w skuteczną (czego dowodzi Grand Prix na Kontrapunkcie) broń przeciw mizdrzącej się zewsząd komercyjnej fikcji i (co trzeba również przypomnieć) nijakości innych teatralnych ofert Lublina.

Jarosław Cymerman

Grzegorz Kondrasiuk

„Kamienie w kieszeniach” Marie Jones
reżyseria: Łukasz Witt-Michałowski
wystepują: Barłomiej Kasprzykowski, Szymon Sędrowski
Lublin, Scena Graffiti, 28 kwietnia 2007

wtorek, 01 maja 2007, kottus

Polecane wpisy

  • z cyklu: tematy nieporuszone, cz. 1

    blog zamienia się powoli w dwutygodnik albo miesięcznik rosnie lista tematów nieporuszonych jednym z nich, z samego brzegu jest uruchomiona przez IT, i e-teatr.

  • trzecie życie Juliusza Osterwy

    „Dialog” wydrukował list Juliusza Osterwy do Stefana Jaracza – nie list to w istocie, a Ewangelia osterwowego teatru niemożliwego. Kolejny to

  • bożyj tieatr, cd.

    Wracając do "translacyjnych mysli" z poprzedniego wpisu... Nie robiłbym z drugiego życia tego mojego tekstu jakiegoś wielkiego halo, gdyby nie fakt, ż

Komentarze
2007/05/02 10:20:36
No, to faktycznie musi być spory ewenement w L., skoro poświęcasz mu więcej miejsca, niż np. "Wymazywaniu" ;)
A na "Kruma", żeby z mojego podwórka uszczknąć, ściągasz? Ja w sobotę na "Zbombardowanych" :)))
-
Gość: , *.neoplus.adsl.tpnet.pl
2007/05/04 16:59:37
Lupa jest swietnie opisany, wiec nie ma co dodac
A kamienie warto poprzec, jest to miejscami mocne, miejscami ladne, zupelnie smieszne przedstawienie

A co do Kruma, to b. bym chcial, niestety - w maju kumulacja, czyli nadmiar zyciowych zatrudnien

pozdrawiam
przepraszam za milczenie, jak sie rozluzni to sie odezwe

grz